Strony

czwartek, 23 września 2010

Rok w Poziomce - Katarzyna Michalak - cz.1

Pokuszę Was urywkami, ja je przeczytalam z zapartym tchem.
Książka zapowiada się rewelacyjnym bestsellerem !!!!Tego z całego serca życzę autorce!!
Nie mogę się już doczekać!!!
Skopiuje Wam ciekawe cytaty  :O)












„Rok w Poziomce” miał być powieścią autobiograficzną. W październiku zeszłego roku zamieszkałam w moim wymarzonym domku. Od czasu do czasu, gdy coś mnie zachwyciło – a to pierwsza burza nad Poziomką, a to karmnik pełen ptaków, sarna podchodząca pod ogrodzenie, śnieg do połowy bramy, wesoły pociąg relacji Urle – Warszawa – siadałam i pisałam parę stron, by pamiętać, kolekcjonować te perełki. Któregoś dnia, a był to początek lata, postanowiłam zebrać moje wspomnienia w „pełnometrażową” powieść. Zasiadłam do komputera w niedzielną noc (nadal potrafię pisać tylko po godz. 24, co nie do końca jest takie fajne, bo światło dnia staje się towarem deficytowym – muszę przecież nocną zmianę odespać) i… cóż. Zaczęłam snuć opowieść. Nie, nie o sobie, moich zwierzakach i tytułowym domku-Poziomku. O Ewie, która poszukuje swego miejsca na Ziemi. O Andrzeju, pięknym, mądrym i bogatym, za to nie do końca szczęśliwym. O Karolinie i Witoldzie, ludziach po prostu dobrych, którzy zmienią życie naszych bohaterów. O zwierzakach oczywiście: Bingu, Pepsi, Gapie i Tosi (jakiś element autobiograficzny musi być, a zwierzęta są najwdzięczniejsze). O zaginionym ojcu, o matce, która kocha swoją córkę, o rodzinie, która potrafi spędzić ze sobą najcudowniejsze Boże Narodzenie. I w końcu o małym białym domku (bez łap), dzięki któremu zdarzyła się ta magia. Magia w moim życiu i w mojej książce.
Znacie moją twórczość (jeśli nie znacie, to mam nadzieję poznacie), wiecie, że pod treścią lekką, łatwą i przyjemną ukrywałam dotychczas dramaty, dostępne Czytelnikom potrafiącym czytać między wierszami.
„Rok w Poziomce” jest inny! To opowieść pełna miłości, przyjaźni, rodzinnego ciepła, poświęcenia dla drugiego człowieka. Jest wypełniona nadzieją mimo wszystko, wiarą w ludzkie dobro – od pierwszej do ostatniej strony. To opowieść o spełnionych marzeniach. Dranie – owszem, pojawiają się, ale w ilościach śladowych. Po to tylko, by nie było zbyt słodko.
Możecie się spodziewać, jak to u mnie: akcji-dialogu-dialogu-akcji. Dłużyzn nie wykryto. Jak w banku macie za to liczne niespodzianki, bohaterowie są jak zwykle nieprzewidywalni, Ewa absolutnie urocza, Andrzej – prawdziwy mężczyzna, postaci drugoplanowe kochane, a zwierzaki, jak to zwierzaki, do serca przytul. Jest śmiesznie i jest wzruszająco. Pozwoliłam też sobie na udział własny. Otóż pojawiam się w powieści osobiście. Jako kto? To niespodzianka.
Fajna wyszła mi ta książka. Mam nadzieję, że moim Czytelniczkom spodoba się również.

Fragment I
Miałam kiedyś marzenie. Wielkie Marzenie. Mały biały domek, otoczony wiekowymi sosnami, po którego ścianach pnie się dzikie wino. To marzenie było ze mną, gdy gnieździłam się w jednym pokoju z przyrodnim rodzeństwem. Gdy moim światem stał się głośny, przepełniony akademik. Było ze mną, gdy dzieliłam życie z kimś, z kim nie powinnam. I wreszcie w maleńkiej kwaterunkowej kawalerce, gdzie umierałam powoli jak dziki ptak w ciasnej klatce.
Po latach zwątpienia obraz domku z marzeń zaczął  blaknąć. Zapomniałam, jak szumią sosny i śpiewają ptaki. Zapomniałam, jak słońce przegląda się w szybkach, a wiatr rozwiewa płatki kwiatów.
Ale mały biały dom nie zapomniał o mnie…
*
Kochana Ewo, tak, tak, do Ciebie piszę, koleżanko sympatyczna. Z okazji trzydziestych drugich urodzin życzę Ci tego samego, co rok temu, dwa lata temu, pięć lat temu i trzydzieści pięć lat też, choć wtedy nawet w planach Ciebie nie było, ale wiem, że Twoja dusza już do niego tęskniła. O, i to właśnie moje życzenie: miej go w końcu, bo dłużej tak nie wytrzymasz.

Ewa uniosła kieliszek szampana.
— Małego białego domku, bez łap, Ewuś — wyszeptała do swego odbicia w szybie i chciała upić łyczek, ale gardło zacisnęło się nagle. — O rany, ale ty jesteś total! — Gniewnym ruchem otarła oczy.
Tyle lat tęskniła za swym miejscem na ziemi. W poszukiwaniu wyśnionej chatynki zjeździła Polskę od morza do gór, mniejsza, że był to czas, gdy na bilet autobusowy ledwo ją było stać, a i pan K. nie był tymi eskapadami zachwycony. Ewa musiała wierzyć, że mały biały dom gdzieś na nią czeka, że go odnajdzie. Utracić wiarę, oznaczało pogodzić się z niewesołym życiem i poddać. A to oznaczało… no wszystko oznaczało, tylko nie happy end.
Za każdym razem , gdy tylko mignął w internetowej wyszukiwarce kawałek białej ściany, wsiadała w pekaes i telepała się po bezdrożach, w pogoni za marzeniem. Gdzież ona nie była… Widziała miejsca piękne i ohydne: cudną lilipucią chatynkę na skraju jodłowej puszczy, nad której drzwiami widniał napis „A.D. 1878”, a za której ścianą wznosił się słup wysokiego napięcia — zupełnie, jakby wysokie napięcie nie mogło przebiegać sto metrów dalej; rozwalające się siedlisko nad stawem z łabądkami, gdzie panowała taka cisza, że słychać było bicie własnego serca, i śpiewy podpitego sąsiada; chatka wprost z bajki o złej czarownicy, kryta strzechą, nad rzeczką, która latem zamieniała się w rów Aniioracyjny, woniejący niekoniecznie fiołkami... Tak wiele wypraw w nieznane i ciągłe rozczarowania. Nie to! Znów nie to! Za blisko, za daleko, za mało, za dużo…
Normalny człowiek nie ma takich dylematów - żyje tam, gdzie musi, ale Ewa chciała żyć tak, jak sobie wymarzyła. Zmuszano ją wystarczająco długo.


c.d.n

3 komentarze:

  1. O książce słyszałam i mam nadzieję, że się nie zawiodę, kiedy przyjdzie mi się z nią zapoznać:) A poza tym przepiękna okładka!

    OdpowiedzUsuń
  2. Czyli jednak okładka się podoba ;)
    Ja wiem, że się nie zawiodę ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja też wiem , że książka będzie rewelacją jak poprzednie :)

    Okładka faktycznie super :)

    OdpowiedzUsuń