wtorek, 26 listopada 2013

ABC...Marty Obuch

xxx
Po dłuuuuuugiej przerwie czas wrócić do tego lubianego cyklu. 
Niestety nie będzie już tak często jak to było, ale... najważniejsze, że będzie. 
Chciałabym by Abc z moimi gośćmi ukazało się raz w miesiącu. Zobaczymy jak wyjdzie w praktyce.
xxx

Dzisiejszym gościem jest ceniona przeze mnie:

 Pani Marta Obuch 



-autorka komedii kryminalnych, fotograf, poetka, dziennikarka.

 Debiutowała w 2007 r. powieścią ,,Precz z brunetami!”. 
Następnie wyszły:
 ,,Odrobina fałszerstwa” (2008), 
,,Diabelska ewolucja” (2009), 
,,Miłość, szkielet i spaghetti” (2012),
"Łopatą do serca" (2013). 

Prowadzi strony:


ABC... MARTY OBUCH

Będę... do końca swoich dni samą ze sobą. To jest najbardziej pewne, dlatego siebie szanuję. Wciąż uczę się siebie mądrze kochać. Dopieszczam. Łoję w lustrze, jeśli zasłużę. Mówię sobie prawdę, bo zasługuję na to i ja, i moja rodzina.

Chmielewska. Dla mnie wzór, kobieta, która, nie znając mnie, była ze mną przez wiele lat. Uczyłam się od niej pokonywania trudności z uśmiechem na ustach. Kształtowała moje poczucie humoru. Tytan pracy! Trzeba o niej mówić, żeby pamięć o niej trwała, nawet jeśli gazety przestaną o Joannie Chmielewskiej pisać.

Debiut. Na początku był chaos i ta zasada znalazła potwierdzenie również i w tym przypadku. Uważam, że ,,Precz z brunetami!” to najsłabsza z moich książek, ale czytelnicy bardzo ją lubią, nie wiedzieć czemu… Jedno z najważniejszych wydarzeń w życiu, przekroczenie bariery, moje małe zwycięstwo.

Erotyzm. Jedna z najważniejszych sfer człowieka, dlatego nie może zostać pominięta nawet w kryminale. Siła sprawcza dorównująca przemożnej sile śmierci. A może i ją zwycięża?

Fotografia. Hołd złożony mojej potrzebie piękna i równowagi. Zawsze oglądałam świat przez obiektyw aparatu i zza grzbietu książki.




Gotowanie. Czar, magia, bezpieczeństwo, filozofia, dom. I erotyzm hi hi. Jeśli chodzi o mnie – droga do serca. Dobrze gotujący mężczyzna…

Humor. Absolutnie niezbędny do przeżycia bez planowanej operacji nacięcia płata czołowego. Patrzenie na siebie z dystansem pomaga. Człowiek uśmiechnięty nie przejmuje się tak strasznie i śmiertelnie swoją życiową rolą. Krowy będą muczeć, śmieciarka jak co dzień wyjedzie na Sienkiewicza, a o naszych przewinach nie napiszą w New York Times’ie..




Indywidualizm. Mam, niestety, wrodzony. Niestety, bo dążenie, żeby wszystko zrobić samej i wszystko zrozumieć samej, jest męczące. Ale nie lubię tłumu, nie chcę zlewać się z tłumem i przejmować czyichś potrzeb. Leśne ścieżki (torowane osobistą maczetą)- tak, nie: wygodne autostrady.

Jestem... ciekawa świata. Dostrzegam w sobie przede wszystkim człowieka, a nie matkę, żonę czy kochankę. Nie chcę, żeby mnie wpychano w role (co nie zawsze się udaje, oczywiście, ale tak to już bywa). Jestem i mam nadzieję, że będę. Jeśli nie ja, to moje książki.

Kocham... rodzinę i wielu innych ludzi. Bez prawdziwych więzi nie ma życia.

Lubię... poranki. Drzewa, przestrzeń, powietrze. Samotność, inspirujących ludzi. Skromność. Czerwone wino. Okrągłe kamienie. Dobre filmy, dobre książki, dobre rozmowy. Rower. Buty, sukienki, kobiecość. Ackera Bilk’a. Zapachy. Porządek. Bób i truskawki.

Łzy. Rzadko. Najczęściej z powodu bliskich – ale to wiadomo, z bliska precyzyjnie się trafia.

Mąż. Na stanie jeden, od kilkunastu lat. Człowiek, który swoim życiem uczy, jak można mało myśleć o sobie. Imponuje mi chyba najbardziej na świecie. Przyjaciel.

Nowa powieść. To zawsze wyzwanie i wkraczanie w nowe światy. Bytowanie w książce przez wiele godzin w ciągu dnia. Ciągła koncentracja. Odskocznia. Obecnie pracuję nad książką pod roboczym tytułem: ,,Szajba na peronie 5.”, przy której mam ogrom pracy. Powoli zamieniam się w specjalistkę od międzywojennych Katowic, bo rzecz będzie dotyczyć przenosin w czasie. Już nie mogę się doczekać finału. Póki co siedzę w domu z nogą w gipsie, bo biegając po starym dworcu, wykonałam niefortunny piruet pod semaforem.




Opinia innych. Interesuje mnie tylko i wyłącznie opinia moich przyjaciół, a i to nie zawsze. Dulszczyznę i przykładne życie dla publiki mam w głębokim poważaniu. Moje życie, moja sprawa, mój wstyd, moja radość. I moja wycieraczka, mogę na nią nawet nasmarkać. Inne fizjologiczne akcje odpadają, stawiam granicę pomiędzy wyrażaniem siebie a celowym gorszeniem czy krzywdzeniem innych.

Rygor. Bardzo ładne słowo zawierające dwie literki ,,r”…

Synowie. Katalizatory zmian. Bez nich byłabym małą, egoistyczną paskudą. Dwa cuda. I dwa cudaki, które lubię obserwować.

To moje miejsca... Jestem bardzo związana z osiedlem, na którym mieszkam, i które opisuję w książkach. Osiedle Tysiąclecia w Katowicach to wielka, zielona enklawa. Staw niedaleko mojego bloku, park Chorzowski, a w nim mnóstwo soczystej trawy i mój ogródek. Tam odpoczywam. Nie umiałabym żyć w betonowisku pośrodku centrum, udusiłabym się.

Urlop. Mam każdego dnia i sobie cenię. Sama organizuję swój czas.

Wydawcy. Też ludzie. Jak do tej pory – trafiałam na solidnych. Choć między pisarzami słyszy się różne, niezbyt optymistyczne opowieści o wydawcach, którzy sprzedają książki, ale nie płacą.

Zasze chciałam… pisać książki, mieć wspaniały dom, dwa koty i wiele par butów. Moje marzenia ciągle się spełniają (dokupuję buty)!



Nie wiem jak Wam, ale mnie wywiad baaaaardzo się podobał :)

***
Drogie Panie, Dziewczęta, Kobiety i Kokietki!

Przed nadchodzącymi świętami chciałabym Wam życzyć żelaznej woli (Małżonek również potrafi zmyć podłogę, trzeba go tylko do tego odpowiednio zachęcić), pomysłowości w układaniu menu (co by nie spędzić całego dnia w kuchni, chyba że się to lubi), pod choinką wspaniałej książki lub seksownego fatałaszka (a nie bawełnianych majtek w rozmiarze XXL, które spokojnie mogłyby robić za świąteczny obrus), a przy stole... po prostu CIEPŁA I MIŁOŚCI. Bez żadnych nawiasów. 

Pozdrawiam serdecznie, Marta Obuch
***
Pani Marto serdecznie dziękuję za poświęcony czas i cierpliwość dla mnie!
Życzę powrotu do zdrowia, a raczej do całkowitej sprawności, by znowu mogła Pani biegać, skakać i uciekać sokistom ;)
Spełnienia marzeń i nieustającej weny!

***
KONKURS

Wszystkich zainteresowanych zapraszam do udzialu w konkursie, gdzie sponsorem jest Wydawnictwo Replika.



   REGULAMIN:
1. Organizator: organizatorem konkursu jest właścicielka bloga "Sabinkowe czytanie..." czyli sabinka.t1
2. Czas trwania konkursu: konkurs trwa od dziś tj. 26 listopada 2013 roku do 10 grudnia 2013.
Wyniki pojawią się w ciągu trzech dni roboczych od zakończenia konkursu.
3.Nagrody: Nagrodami w konkursie jest egzemplarz książki Marty Obuch "Łopatą do serca"
4. Sponsorem nagrody jest Wydawnictwo Replika
5. W konkursie może wziąć udział każda chętna osoba, która odpowie na pytanie i pozostawi swój adres mailowy.
6. Aby wziąć udział w konkursie wystarczy napisać odpowiedź na pytanie: 
 Łopatą do serca czy innym sposobem?
 Uzasadnij.
7. Odpowiedzi na pytanie proszę umieszczać w komentarzu pod tym postem.
8. Jury: czyli Marta Obuch - pisarka, a zarazem gość ABC wybierze najlepszą, a jednocześnie najciekawszą odpowiedź.
9. Zwycięzca zostanie powiadomiony poprzez wiadomość e-mailową.
10. Reklamacje: będą uwzględniane tylko w ciągu trzech dni od ogłoszenia wyników.


 Serdeczne podziękowania dla pani Justynki Cichowlas i Wydawnictwu Replika





Zdjęcia są własnością autorki.

26 komentarzy:

  1. Pani Marto, nawet jeśli gazety przestaną pisać o Joannie Chmielewskiej, to wierni czytelnicy będą pamiętać.
    "Opinia innych" i życzenia, chciałoby się powiedzieć: lubię to!

    Sabinko, super, że abc wraca:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Sabinko dziękuje za ten wywiad, pani Marta jest super :) czekan na najnowsza powieść pani Marty :)

    Co do konkursu - myślę że powiem krótko, starym naszym porzekadłem :)
    Do serca najlepiej przez ... żołądek :) mmmmmmm do tego uśmiech i ... kiwane głową na tak, gdy nasza połowa do nas coś mówi, nawet gdy nie ma racji, bo przecież my i tak mu wytłumaczymy na nasze i będzie po naszemu :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Łopatą do serca?
    Najpierw chyba jakimś mniej ekstremalnym sposobem - czułością i przywiązaniem ;) Później (po ślubie ;) lub wcześniej jak uda się skutecznie uruchomić lżejszy kaliber ;) ) można łopatą...

    OdpowiedzUsuń
  4. Muszę przyznać szczerze: mega interesujące ABC, autorki nie znałam, nie słyszałam, a tytuły książek są boskie! Odpowiedzi ciekawe, p. Marta to intrygująca i mądra kobieta.. i piękna!
    P. Marto - życzę szybkiego zdjęcia gipsu.

    ejotek1980@gmail.com
    Łopatą?? Nie, nie! Wystarczy łyżeczka... łyżeczką podasz ulubione lody w polewie toffi i posypką czekoladową, łyżeczką spróbujesz barszczu czerwonego (nie tylko na Wigilię) z ogromnego garnka by smakował wybornie, łyżeczką rozbijesz czubeczek jajka na miękko na śniadanie, łyżeczką wymieszasz kawę, bez której co rano mąż się nie obejdzie... A w chwili krytycznej i łyżeczkę dziegciu można nabrać :)

    OdpowiedzUsuń
  5. wywiad świetny, ale i sama Marta jest rewelacyjnym człowiekiem :) w konkursie udziału nie biorę, bo książkę już mam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetny wywiad. :) Autorka jawi się jako ciekawy człowiek. Nie znam jej książek, ale mnie zainteresowała.
    A nad pytaniem konkursowym pomyślę na pewno. :)
    Sabinko, pozdrawiam serdecznie. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ani łopatą, ani przez żołądek, ani w żaden inny sposób...Miłość jest tak nielogicznym uczuciem, że nigdy nie wiemy- dlaczego on?/dlaczego ona? Musi "zagrać" wiele elementów- chemia, przyjaźń, intelekt...Czasem można "zdobyć" miłość cierpliwością, ale tylko czasem...

    wasiczek@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  8. Do serca sercem nie łopatą!To najlepsza i najkrótsza droga! Dobre serducho szybko odnajduje te same brzmienia pieśni uczucia i kiedy się już odnajdą wybijają w ten sam ton melodię miłości.
    Ania

    anya_86@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  9. Łopatą,grabiami,motyką!-ważne żeby dotrzeć:)

    izawol@interia.pl

    OdpowiedzUsuń
  10. Mówi się, że przez żołądek. Mówi się, że przeciwieństwa - to się przyciągają, to znowu w innej wersji będą się odpychać. Mówi się, że to mężczyzna nigdy nie zrozumie kobiet. Mówi się...
    Na każdego chyba działa co innego. Tak sobie myślę, że jeden ulegnie powalony kulinarnymi doznaniami, innemu trzeba może i łopata, jak jakiś wyjątkowo niezdecydowany, jeszcze inny tylko spojrzy i już.

    Co jednak nie znaczy, że we wspólnym życiu łopata się nie przyda... Ja tam ekspertką może i nie jestem,ale po 8 latach małżeństwa swoje już wiem...
    Nie wiem czy jest to recepta na miłość, ale na pewno by związek przetrwał ważne jest by umieć się porozumieć. Przez czas mojego małżeństwa nauczyłam się kilku rzeczy i staram się tę wiedzę wykorzystywać, gdy tylko zaczyna się robić nieciekawie, a trzeba wam wiedzieć, że życie z mężczyzną mimo pozornych podobieństw do życia z kotem (wrzeszczą kiedy są głodni, czasem nie mogą trafić do kuwety, nie lubią obcinania pazurów, nie sprzątają po sobie) jest jednak dużo bardziej skomplikowane...

    Bardzo trudne jest to, że najlepiej dla dwojga, dla ich optymalnego dobrania się i życia razem, jest nabrać pewnego dystansu do siebie, do was, do problemów. Niestety jak dzieje się coś złego to jest to dla nas bolesne, wali się wszystko czy też mamy żal. Należy jednak starać się podejść do tego obserwując sytuację jakby z boku, bo może się okazać, że to, co uważamy za problem może być drobnostką w porównaniu do problemów życiowych innych.
    I tak pewne wady drugiej osoby trzeba czasem zaakceptować, bo ideały nie istnieją. My jesteśmy dobrani, akceptuję pewne wady mego męża, bo gdy moja furia po znalezieniu w szafce pustego opakowania po czekoladkach, które przecież od miesięcy tam było, a ja byłam przekonana, że pełne, bo kto trzyma puste (???) może okazać się nieważna, gdy pomyślimy np. o potencjalnie możliwej zdradzie. W końcu to, że patrzy na nas oczami niewiniątka i kłamie prosto w oczy, że to nie on zjadł, może nie jest tak ważne, gdy mamy przed sobą jeszcze wiele lat wspólnego życia. Za to żeby nie było, że jedna strona drugą denerwuje i nie na odwrót to i ja czasem zostawiam suszarkę wetkniętą do gniazdka, co jego z kolei denerwuje ;)

    Pewnym niezrozumieniem napawa mnie też fakt, że po latach wspólnego życia, dodam w jednym mieszkaniu, w którym od początku nie zaszły żadne zmiany, mój partner w dalszym ciągu do szafki z kubkami wstawia talerzyki, do szafki z filiżankami i spodkami kubki, tam, gdzie naczynia wstawia patelnie... Naprawdę, czy to tak trudno zapamiętać, gdzie co stoi?? Ech... Ale dobrze się dobraliśmy, bo ja za to w odwecie non stop chowam jego model czerwonego ferrari, który on wystawia na półkę w dużym pokoju, a ja namiętnie chowam go do szafki ;)

    A, jeszcze jedna zasada, która właściwie ma odniesienie do wszelkich dziwnych zachowań naszego partnera w związku. Nie starajmy się na siłę analizować i zrozumieć zachowania mężczyzny. Już nieraz się przekonałam, że między ich logiką a naszą logiką istnieje przepaść nie do pokonania :) I możemy być nie wiem jak dobrani, akceptować wzajemnie swoje wady, a i tak tej logiki nie pojmiemy :) I tu, obawiam się, czasem i łopata nie pomoże...

    PS. Za samo uwielbienie dla mojej ukochanej Chmielewskiej - już lubię, choć jeszcze nie znam :)


    a.filipowska@poczta.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  11. Łopatą do serca - ależ tak! Szpadelek przyda się, gdy będziemy uprawiać ogrody miłości ;-) Pamiętać jednak trzeba, że kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada, więc trzeba uważać i nie porywać się z motyką na słońce i nie zawracać Wisły kijem. I nie wolno robić z igły widły!
    Natomiast jeśli asortyment narzędzi ogrodniczych nie pomoże, to już tylko pozostaje utłuc delikwenta łyżeczką od herbaty ;-) Od waniliowej Dilmah. Niektórzy wiedzą, o co chodzi, hihi!

    OdpowiedzUsuń
  12. Z przyjemnością przeczytałam wywiad, szczególnie, że panią Martę Obuch, obserwuję na FB, ba nawet udało mi się kiedyś wygrać u niej pyszne winko. Ceniłam za humor i ciekawość życia, a teraz również za pióro. Właśnie przeczytałam "Miłość, szkielet i spaghetti" i łaknę więcej:)

    Czy łopatą do serca? To zależy co, kto lubi. Łopata dobra rzecz i mocna. Trzeba tylko uważać, żeby nie wykopać za głęboko i nie zdzielić przez przypadek po łbie.Z drugiej strony, jak się tak się człowiek nakopie, to może wejść głęboko i na długo, a to chyba dobrze:) a jak już wpadnie w dół ten kto kopał i ten dla którego było kopane - mamy sielankę, bo wszyscy są wkopani do serc na amen. Ja to kupuję:) Teraz tak sobie tylko pomyślałam, że gorzej jak ten z łopatą trafi na takiego, kto nie lubi łopacenia... wtedy poprzestałabym na pstryczku w nos

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. przepraszam za interpunkcję, ale poważnie się wczułam w to łopacenie:)

      Usuń
    2. Zapomniałam o mailu: orzechjulia@gmail.com

      Usuń
  13. Wywiad świetny! :)

    Łopatą do serca? Nieee! Tak drastyczne środki zostawiamy sobie na później :) Na początku wystarczy szczerą rozmową i zrozumieniem. Przez wspólne spacery pod gwieździstym niebem, bądź romantyczne chwile przy świecach i czerwonym winie. Można też biegać boso po kwiecistej łące, chodzić na wspólne wędrówki po górach. Swoje uczucia do drugiej osoby można wyrazić na wiele sposobów, nie tylko przez te „romantycznych”, można tak więc wspólnie obierać ziemniaki lub rzucać się zgniłymi pomidorami (w miarę możliwości delikatnie, wiadomo nikt nie chciałby mieć podbitego oka przez zgniły pomidor). Niekiedy wystarczy tylko jedno spojrzenie, uścisk dłoni czy pocałunek. Czasem trzeba się bardziej wysilić :)
    Ps. A łopatę można wykorzystać na koniec jeśli wybranek nie pojmuje co chcemy mu przekazać, wtedy wolno mu wbić łopatą do głowie trochę rozumu :)

    klaudiaskiedrzynska@wpl.pl
    Obserwuję jako Magnolia044
    baner: https://www.facebook.com/klaudia.skiedrzynskamatusiak?ref=tn_tnmn

    Pozdrawiam
    Klaudia

    OdpowiedzUsuń
  14. Łopata może okazać się bardzo przydatna w drodze do czyjegoś serca. Jest sposób. Należałoby użyć łopaty niczym obucha, więc trzeba sprawdzić, czy mocna. Potem zaczaić się za wypatrzonym obiektem naszej adoracji i ostro przyłożyć w łepetynę. Ale uwaga! Trzeba to zrobić bardzo precyzyjnie, tak by się osobnikowi wszystkie gwiazdy przed oczyma ukazały. A potem ze swoją facjatą pojawić się w tym gwiazdozbiorze, z odpowiednim uśmiechem i troską na twarzy (w razie potrzeby sztuczne oddychanie zastosować). I na bank wybranek pomyśli, że to sam anioł z nieba do niego zstąpił i wzroku nie odwróci. Westchnie i podda się tej nagłej miłości. :)
    Toż to przecież mówią, że miłość czasami razi człowieka jak piorunem, może więc i łopatą. ;) :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zapomniałam podać mejla: anna.a72@wp.pl

      Usuń
  15. Ja młotkiem w łeb walnęłam. Gwiazdki mu się pojawiły, to i się zakochał i tak siedzi przy mnie od kilku lat ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hahahahah Iza jesteś niemożliwa!!!!!!!

      Usuń
  16. Łopatą do serca?
    Wyłącznie!
    Kiedy nie wychodzi z brunetami i jedynym rozwiązaniem zdaje się być tylko porywcze „precz!”, kiedy męska odrobina fałszerstwa bokiem wychodzi, kiedy ta ich diabelska ewolucja dopieka do żywego mięsa, warto sięgnąć po sprawdzone sposoby – miłość (powiedzmy, że świadomie ślepią - lepiej przymknąć oczy na niedociągnięcia i od czasu do czasu połechtać ego delikwenta), szkielet (ech, a mówią, że na kości na lecą…) i spaghetti (z pełnym brzuszkiem daleko nie ucieknie, nie będzie mu się chciało), a wszystko to wspominaną łopatą podetknąć pod sam nos, bo od nosa do serca to już droga krótka.
    Każdemu facetowi grozi wtedy szajba, niezależna od peronu ;-)

    brightwitch@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  17. Ponoć droga do serca mężczyzny wiedzie przez żołądek, ale uwierzcie, że są krótsze drogi ;) Dostać się tam to nie sztuka, sztuka jest wytrzymać... I przyda się wtedy łopata. I siekiera czy nóż czasem też mnie woła...

    aleksseb@gmail.com

    P.S. Piękna kobieta!

    OdpowiedzUsuń
  18. To dobrze, że wróciłaś do cyklu ABC, bo bardzo go lubię :)
    Odp. na pytanie konkursowe:
    To zależy, co kto lubi, co komu odpowiada (ja bardzo tolerancyjna jestem ;)). Każdy sposób jest dobry, aby serduszko ukochanego na nasz widok mocniej zabiło ;). A łopatą do serca? Hmmm… jeżeli miałaby pomóc to czemu nie, ale zaczęłabym od łopatki do ciasta… czekoladowego (afrodyzjaku cudownego:))
    Pozdrawiam serdecznie,
    kwiatusia1gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  19. Najpierw obejrzałam te kilka zdjęć, które stanowiły tło do wywiadu a potem go przeczytałam, super się komponują.

    A teraz napiszę coś odnośnie pytania konkursowego.

    Skojarzyło mi się to z latami 60 tymi i 70-tymi, kiedy kobieta, aby zaimponować facetowi musiała iść tak jak on do ciężkiej pracy, nosić okropne ubrania robocze i za duże buty ( nie było podziału wtedy na obuwie robocze damskie i męskie). A łopaty była niejako symbolem tej ciężkiej pracy.
    Dobrze że dużo się zmieniło....

    Pozdrawiam
    anu22@poczta.fm

    OdpowiedzUsuń
  20. No cóż, po przemyśleniu tej jakże trudnej kwestii, jakich metod użyć do skutecznego zdobycia męskiego serca, doszłam do wniosku, że łopaty bym nie zastosowała, bo to oznaczałoby, że bardzo tępy musi być ten osobnik, jeśli z takimi drastycznymi narzędziami trzeba do niego podchodzić, a po co mi głupek…męczyłabym się resztę życia ;)
    Przydałoby się coś mniejszego i bardziej precyzyjnego…
    Skalpel? No jak mu zaproponuję zabawę w doktora, to pomyśli, że jakąś ladacznicą jestem…
    Nóż myśliwski? Mężczyźni mają naturę łowcy, lubią czuć, że zdobyli kobietę swoimi staraniami…taaa, a potem mnie zaciągnie za włosy do jaskini i każe strawę pichcić…
    A może gwóźdź? Nie taki do trumny…o ćwiek mi chodzi, wbiję mu ćwieka i niech się głowi, deliberuje, bije z myślami i szuka rozwiązania, dlaczego go kuszę, a potem odtrącam, uśmiecham się, a potem biję po twarzy ;) Jak tu zrozumieć kobietę? Jak już się zmęczy próbą rozszyfrowania skomplikowanej natury płci pięknej, a ćwiek go będzie drażnił i uwierał, to sam przyjdzie i odda mi serce na dłoni. No i cel osiągnięty :D
    Pozdrawiam
    Edyta Ch.
    edyta.cha@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  21. Łopatą lub wałkiem.Grabiami niekoniecznie,ale niech chłop zna swoje miejsce i nosa wszystkich członków z dumy do góry nie unosi za bardzo!
    jolunia559@wp.pl

    OdpowiedzUsuń